poniedziałek, 23 stycznia 2012

Kloszardzi zastrzyk.



Mariusz Czubaj z pewnością polskim Stiegiem Larssonem nie jest. Przeczytałem ostatnio jedną z jego książek i uświadomiłem sobie, że to faktycznie nieco niższa półka. Słowa Marcina Wrońskiego (pisarz, autor kryminałów) na okładce, w których deklaruje, że ten kryminał to mocna kawa z koniakiem, trochę mnie zreflektowały i zachęciły do przeczytania akurat w tych styczniowych dniach. Świeżo po ukończeniu trylogii Millenium. Mogłem więc porównać potencjał obu autorów tego samego gatunku. Werdykt będzie iście bokserki: Larsson nokautuje Czubaja w 2 rundzie. Nie skreślajmy jednak twórczości Polaka. Kołysanka dla mordercy na pewno nie spowoduje, że zaśniesz pewnego nudnego wieczoru. 


Trzon fabuły opiera się na skomplikowanym życiu komisarza Rudolfa Heinza i różnych spraw, które go otaczają. Mieszkaniec Górnego Śląska ma za zadanie udać się do Warszawy i pomóc swoim kolegom w rozwikłaniu nietypowej zagadki kryminalnej. Tym razem morderca ma ciekawy profil - prawdopodobnie lekarz, zabija w afekcie zastrzykiem w serce. Substancja, która uśmierca to... Nie będę zdradzał. Muszę jednak zaznaczyć, że osoby, które zostają zamordowane to żule, nazywani w książce kloszardami. Dochodzi do morderstw, a nawet napaści i zaczyna się poważne śledztwo. 


Czubaj operuje specyficznym językiem. Seria krótkich (czasem dwuwyrazowych) zdań przeplata się z rozbudowanymi sekwencjami. Z początku nie podobał mi się ten pomysł, ale ostatecznie nadawał ekspresji i "ważności" niektórym rzeczom, wydarzeniom czy osobom, segregując w książce wątki mniej istotne od tych kluczowych. Plus dla autora. Wspomniana osobliwość języka wymusiła (pokuszę się o takie stwierdzenie) w Czubaju stworzenie właśnie takiej postaci - Heinz to starszy facet, z problemami wszelakiego rodzaju (konflikt z synem, uzależnienie od nikotyny, walka z samym sobą, dylemat samotności) o zgryźliwym charakterze, ale policyjną konsekwencją w działaniu. Takiego człowieka raczej się nie da lubić, jednak z pewnym smaczkiem czyta się takie rzeczy. Mam problem z oceną samej fabuły. Pomysł na mordercę ze strzykawkami według mnie jest dość przeciętny, aczkolwiek oryginalny, autorski. Poza tym autor nie wybiega poza ramy schematu kryminału, co czyni go co najwyżej dobrym. Na tych 283 stronach nie odczuwam do końca swobody autora, który chyba nie chciał złamać pewnych zasad, trzymając się sztywno ciągu przyczynowo-skutkowego. Chaos w pisaniu? Raczej nie, ale obawiałem się, że niektóre wątki nie zostaną wyjaśnione. Uff, jednak się udało. 


Ten kryminał to zwyczajny przedstawiciel gatunku, na pewno nie żaden pionier, z fabułą osadzoną w polskich realiach. Nie wiem czy to plus, czy minus, sami ocenicie. Czyta się jednak dobrze, bez efektu odłożenia książki. Brakuje jednak czegoś... tego "larssonowskiego polotu". 


Moja ocena: 6/10

0 komentarze:

Prześlij komentarz